Przed podróżą

Dzień przed wyjazdem nie mogłam spać. Stale myślałam, a co jeśli mi się coś stanie... ale czy napewno chce jechac, ale czy wogóle powinnam... Tyle zobowiązań, obowiązków, a jak na 4 tygodnie chce wyjechać. W końcu to nie wyjazd rowerem za miasto, czy też na na sąsiedni kamping, to jazda 300 kg motocyklem. niezauważony na czas kamień, dziura, która okaże sie za głęboka, samochód wyprzedzający z naprzeciwka. Wszystko to może być powodem żródłem nieodwracalenego kalectwa. 

Do egzaminu na prawo jazdy podchodziłam cztery razy. Za każdym razem wysyłana była, do domu z informacją, że nie jestem w stanie jeździć na motocyklu. Jeżdziłam po Szwajcarii motocyklem z doczepioną dużą niebieską tabliczką z literką "L", wiedziałem każdy zakątek, każdą dolinę, każdy drogę górską. Wyszłam z naiwnego założenia, że ​​wszystko pójdzie szybko i gładko, myliłam się. Z roku na rok uczucia przeradzały sie w frustrację, rozczarowanie, a czasami w niechęć do jazdy! I chyba ta moja determinacja była prawdziwa motywatorem. W Zurychu, 40% osób, która podchodzi to egzaminu nie zdaje. Jestem obcokrajowcem, kobietą i jeżdzę na Harleu. Ciężko bedzie znaleźć gorszą kombinacje. Zanjomi doradzali mi: zmień ośrodek egzaminacyjny, zmień motocykl (no tak, bo to tak samo jak zmiana rajstop...), nikt nie zaproponował zmiany płci (całe szczęście)

W kwietniu 2016 roku postanowiłam wybrać sie w dłuższą podróż. Zwykle byly to tzw weekendowe, sporadyczne wypady w Alpy. Po 2-3 dniach byl szczesliwy powrot do domu z lekkim niedosytem i oczekiwaniem na kolejny weekend. Bez pełnej licencji, nie mogłam wyjechać poza granice kraju w którym mieszkam, dlatego zaplanowałam podróż w obrębie Szwajcarii. Bez większej satysfakcji... w końcu ile razy można odwiedzać nawet najpiękniejsze miejsca... ale za to z ogromną chęcią wyrwania sie z domu. Podróż miała się rozpocząć w lipcu, a ja postanowiłam spróbować zdać egzamin po raz ostatni w czerwcu, zaledwie miesiąc przed wyjazdem.

 

Dotarłam do Ośrodka Egzaminacyjnego w godzinach porannych. Było nas czworo, trzech kandydatów i ja jedyna płci żeńskiej. Wszyscy mieli motocykle z silnikami co najmniej dwa razy mniejszymi od mojego Harleya. Uznałam, że nie będę myśleć o tym zbyt wiele, zanotowałam mentalnie różnicę i przygotowałam się, że prawdopodobnie w ciągu kilku minut zostane odesłana do domu bez licencji, po raz kolejny. Jakie było moje zdziwienie, jak mężczyźni zostali wysłani do domu, a ja czekałam na drugą część egzaminu.

 

Spojrzałem w niebo, które powoli robiło się coraz czarniejsze od zbliżającego się Nimbostratusa. "No super!" Myślałem, że nic nie może być prostsze niż jazda w ulewnym deszczu. Druga część egzaminu zamiast pół godzinej jazdy po mieście, zamienieł się w godzinną, aczkolwiek powolną jazde po sasiadujących wsiach przy gwaltownych podmuchach wiatru i intensywnym deszczu. Deszcz był tak obfity, że musiałam przerwać jazdę dwukrotnie, aby przetrzeć przednią szybkę. Pod koniec mojego egzaminu, miałam tylko jedną myśl. Jeśli mi się nie udało, będę naprawdę wkurzona.

 

Byłam jedyną, który zdała.

 

Zajęło mi chwilę, aby zmienić plany podróży. Wieczorem usiadłam na sofie i spojrzałam na mapę. Mam. Zawsze chciałamzobaczyć Sycylię (często prasuję przy Ojcu Chrzestnym, może to stąd sie wzieło). Wiedziałam że będę jechać sama, więc nie robiłam szczegółowego planu. Zdecydowałam tylko, że granicę szwajcarsko-włoską będę przekraczać w Engadynie - południowo wschodniej częsci Alp szwajcarskich. Od dłuższego czasu chciałam przejechać przez przełęcz Stelvio, więć akurat nadarzyła się okazja, którą chciałam wykorzystać. Byłam naprawdę rozczarowana, jak dwa dni przed podróżą część Alp Wschodnie wciąż była pokryta śniegiem, a przełęcz Stelvio ze względów bezpieczeństwa była zamknięta. Miałem dwie opcje, zmienić kierunek jazdy i przejechać Alpy od części zachodniej, albo przesunąć wyjazd o kilka dni. Opżnienie wyjazdu wiązało się z tym, że prawdopodobnie, w pewnym momencie strace chęci, i zrzygnuję z podóży. Spojrzałam na mape i na prognozę pogody. W Genewie miało sie rozpogodzić dwa dni wcześniej niż w Engadynie. Postanowione - jadę przez Genewę, a spać będę gdzieś w rejonie góry Mount Blank. Szukając miejsca noclegu znalazłam ogłoszenie, ktore oprocz zdjecia uroczego pokoiku, nie zawierało zbyt wiele. Jakie było moje zaskoczenie jak dojechałam do doliny Passy, miejsca oddalonego od Zurichu o 360 km i 23 km od Chamonix - turystycznym miasta leżącego u podnóża Mount Blanc, najwyższego szczytu Alp.